0012-7844-punkt-barana__1__b_sml_120

Punkt Barana

Autor:  Aleksander Sowa
Gatunek: Proza
Wydawca: Aleksander Sowa
Data wydania: 2017
Data dodania:  18 października 2017, 14:49:52
ISBN: 978-83-945444-1-6

Krótki opis:

Oparta na prawdziwych wydarzeniach brutalna, do bólu realistyczna historia z pogranicza thrillera i mrocznej powieści kryminalnej. Powieść osadzona w twardym świecie, gdzie dobro i zło w czystej postaci nie istnieją. Przygniatająca prawda o rzeczywistości polskiej policji na tle bezwzględnego świata najgroźniejszych przestępców i nieprzychylnych przełożonych.

Fragment:

Emil poczuł to nagle. Owo niespodziewane, lecz do­brze znane, silne przeczucie, że za chwilę coś się stanie, wydarzy, zmieni. Po kręgosłupie przebiega mu dreszcz. Nie ma czasu na rozmyślania. Udając, że śpi, przez szparki powiek rejestruje ruch. Chwyta nadgarstek napastnika. Przytrzymawszy za przegub, wymierza sierpowy. Ostrze upada. Szczęka niedo­szłego zabójcy przyjmuje kolejne ciosy. W celi za­pada cisza.

– Mów, kto ci to zlecił?

– Ja sam.

– Gówno sam! – Chwyta współwięźnia za włosy. – Mów prawdę. – Chodnik tłumi uderzenie głowy o beton. – Mów, bo cię zajebię, gnido.

– Nie mogę!

Pięść przestawia szczękę skazańca. Zza sunących wolno po niebie chmur widać cieniutki księżyc. Niedoszły oprawca pluje krwią zmieszaną ze śliną. Mocne szarpnięcie za włosy unosi mu głowę. W bla­sku księżyca ukazuje się zakrwawiona twarz.

– Mów. – Emil przykłada zaostrzoną łyżkę do szyi obitego. – Bo zaraz zdechniesz.

– Wiesz przecież, że jak się przypucuję, to po mnie.

Emil puszcza włosy nieszczęśnika. Ten, sapiąc, zwija się w kłębek i jęczy. Chwilę później słyszą plusk. Narzędzie niedoszłej zbrodni ląduje w otwo­rze służącym pięciu skazańcom za toaletę.

– Wiem i mam na to wyjebane. – Błyska zapałka. – Mów.

Chmury zakrywają księżyc. Zaciętą twarz oświe­tla czerwony ognik papierosa. Ciasną, śmierdzącą męskim potem celę wypełnia mroźne powietrze zmieszane z zapachem palonego tytoniu.

– Emil – płaczliwie tłumaczy się ten na podłodze – wiesz, jak to jest. Kazali mi. Jakbym tego nie zro­bił – mówi, wycierając krew z wargi o rękaw koszuli – to byłoby już po mnie.

– Gówno mnie to obchodzi.

– Jak Boga kocham.

– Nie bluźnij. Lepiej się zamknij.

Zapada cisza. Bicie ich serc wraca do normalnego rytmu. Słychać pociąganie nosa. Potem i to cichnie. Zza okna docierają, stłumione murami, odgłosy mia­sta.

– Emil? – odzywa się trzeci głos. – Kopsnąłbyś żaru, co?

Pod okno podchodzi trzeci osadzony, mijając nie­doszłego zabójcę. Usta Emila pomiędzy porcjami wydmuchiwanego dymu wykrzywia uśmiech. Gdyby było tam jasno, dostrzegliby w tym senty­ment. To w pewnym sensie jego ostatni papieros. Nie ma w nim żalu, jest za to obietnica nowego.

– Masz.

– Wszystkie?

– Jutro będę miał nowe.

Osadzony niecierpliwie zapala. W świetle zakra­towanego okna dostrzegają drugi ognik. Obdaro­wany zaciąga się z przyjemnością.

– Powiedz, czemu się nie przyznałeś, za co cię wciągli?

– A ty, Kasior, co? – odzywa się jeszcze jeden więzień. – Popierdoliło ci się w główce? Z chwa­stem będziesz nawijał? Z mendą? Kumpla pod celą szukasz? Do reszty ci się popierdoliło? – dochodzi z łóżka pod drzwiami.

– Ty, kurwa, Świeżak, w nawijkę się nie wpier­dalaj! – Odpowiedź przychodzi natychmiast. – Masz swoje kojo, to uderzaj w kimę. – Ognik kieruje się w stronę Świeżaka. – Chyba że chcesz, to mogę cię przejebać. I tak ci po rajtach pojadę, że ci się ode­chce. Co?

– Uwagę ci zwracam, bo widzę, że z mendą pa­lisz.

– Nie wkurwiaj mnie! Żenić bałach możesz starej, nie mnie! Cynkwajs mam pod gałą! Już chyba za­pomniałeś, co? Kminy nie masz skręconej, to się nie wpierdalaj.

– Dobra już, dobra.

– Zamykaj ryj! I nie zapominaj, żem git multire­cydywa! Bo mnie pienisz. Jeszcze trochę, to pod fleki pójdziesz.

– Już się kitram.

– I szamot trzymaj.

Pozostali trzej zachowują milczenie. Wiedzą, że ono jest dobre. Pozwala przeżyć. Miało tu dojść do zabójstwa, więc w razie jakichkolwiek pytań jedno­głośnie przyznają, że spali jak przedszkolaki i żaden z nich nic nie widział ani nie słyszał.

– Widzisz, Kasior, tym się różnimy, że ja garuję za darmo, a ty za coś.

– Niewinny! Jak wszyscy tutaj.

– To moja ostatnia nocka, to ci mogę powiedzieć. Psem byłem dwadzieścia lat. Na emeryturę miałem iść. Podskoczyłem za wysoko i pajdę mi ożenili. Za cienki byłem. Dostałem zarzuty.

– Jak?

– Po prostu. Jak się chce psa trafić, to kij się znaj­dzie. Policjant to szmata, każdy chce go ujebać. Przełożeni, ludzie na ulicach, tacy jak ty, prokurato­rzy, sędziowie. Wszyscy. A że wtedy się klika u władzy zmieniła i do koryta doszła Chrześcijańska Unia Jedności, to mnie załatwili. Dostałem dyscy­plinarkę za przekroczenie uprawnień. A potem wro­bili mnie jeszcze w łapówkę.

– Po co? Przecież i tak już miałeś wagę, no nie?

– Ale mógłbym iść na emeryturę, a tak już nie.

– Czemu?

– W psiarni jest, że łapiesz pajdę za łapówkę, to emeryturę tracisz.

– Wiesz, kto cię wrobił?

Emil zaciąga się. Wydmuchawszy dym, gasi pa­pierosa.

– Pewnie ci – odpowiada, patrząc na księżyc – co mnie nadali tej gnidzie na podłodze.

– Żałujesz?

– Czego?

– No tego, żeś garował?

– A ty, żałujesz, że garujesz?

– Ja to co innego.

– Co innego? – powtarza z ironią Emil. – Chuja, a nie co innego!

– Przecież jesteś niewinny.

– A ty żałujesz, że nie jesteś niewinny?

– Ja to co innego.

– Gówno, a nie co innego. To samo. Siedzimy tu razem. Sramy, jemy i skaczemy do gardeł. I nie­ważne, czy powinienem tu być, czy nie. Istotne, że tu byłem. I tego nic nie zmieni. To jest jak pocisk. Wystrzelonej kuli nie można cofnąć. Ona leci i nisz­czy to, co napotka.

– Coś w tym jest.

Kasior zastanawia się nad słowami Emila. Ten były glina dostał wyrok, ktoś chce go zabić. Pewnie jeszcze spróbuje, nie dziś, ale tam, na wolności. Szkoda, bo chociaż pies zawsze będzie psem, to ten jest charakterny bardziej niż niejeden git.

– Co zrobisz?

– Dobre pytanie.

– Masz kogoś tam? – Wskazuje głową świat za kratami.

– Nikogo.

– Nie pierdol, nikt nie jest samotną wyspą, jak pi­sał poeta.

– Widzę, że czytać zacząłeś. Masz rację, ale sam jestem – odpowiada Emil, zaciskając zęby.

– A wapniaki, brat, siostra?

– Rodzice pomarli, brata mam, ale daleko.

– To może ci pomoże?

– Sam będę musiał sobie pomóc. Nie trzymamy kontaktu.

– Najważniejsze, że jutro się wyklepujesz. Wiesz, menda jesteś, ale widać, że gość omega i charak­terny. Szkoda, że na psa poszedłeś. Mógłbyś dużo zdziałać. – Kasior urywa. – Ja, wiesz, od bajtla bu­jałem. Pośmigałem po mieście. Tyle że zawsze się kurwa znajdzie, co się rozpruje. Frajer mi zjechał po kosie. I mam piętnastka. Przynajmniej wiem, za co garuję, ale ty? Teraz czeka cię wolność. Musisz pla­netę przygruchać. Będzie ci żreć dawała, a szpary nie poskąpi. Jak mnie wypuszczą, to do kretowiska niezwłocznie uderzę świnię od zakrystii wydymać. Nawet, kurwa, najgorszą gruzinkę albo plantówkę nielatę.

– Możesz się na harem pofatygować – odzywa się głos spod drzwi.

– Kurwa, jak Boga kocham, Świeżak, zaraz ci przypierdolę!

– Widzisz – wzdycha Emil, nie zwracając uwagi na Świeżaka. – Nie mam do czego wracać.

– Nie nawalaj. Każdy ma. Wracasz na wolność. Tylko to się liczy.

Zapada cisza. Spojrzenie Emila wędruje w stronę okna. Księżyc wychodzi zza chmur i oświetla po­oraną bruzdami twarz. O czym były policjant myśli, nie sposób odgadnąć. Choć na ośmiu metrach kwa­dratowych spędzili tu lata, nigdy tego nie potrafili. Emil dziś, tak samo jak pierwszego dnia, gdy stanął w drzwiach z mandżurem, pozostanie zagadką. Tyle że dowiedzieli się prawdy.

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się